ironman gdynia bieganie

Gdyński Półmaraton na Ironmanie.

Wiedz, że kiedy przez niecałe 3 godziny, twarde jak kamień siodło ubija Ci krocze tak jak Kamila Smogulecka ubija masło w teledyskach Donatana, to nie będziesz podejmował rozsądnych decyzji.

Przez 90 km obijania się po nierównych asfaltach i dziurach, moja prostata dowędrowała do mózgu, pytając się czy kogoś nie poje*ało. Przez to ciągłe ugniatanie to nie wiedziałem czy pęcherz mam wypełniony wodą jak Wrocław w ’97 czy to tylko złudne uczucie. Przez to zrobiłem dwa babole tuż po zejściu z  roweru.

Najpierw odłożyłem rower, odbiegłem w kierunku worków i nagle sobie uświadomiłem, że krzywo wisi i nie w tę stronę. Ogólnie to nie wiem o co mi chodziło ale wróciłem się i  niczym detektyw Monk  przewiesiłem go w dobrą stronę. Porządek w końcu musi być.  Dobrze, że nie zacząłem go czyścić.

Potem stwierdziłem, że jednak może lepiej odwiedzić Toi Toi i zrzucić z pęcherza. Nie wdając się w szczegóły, było to najboleśniejsze siku w moim życiu. I wcale nie krótkie bo trochę musiałem tam postać zanim mózg ogarnął, że ja naprawdę pobiegłem do kibelka.

Wybieg na trasę biegową. Od samego początku w udach czułem nadchodzący skurcz. Jeżeli kiedyś doświadczyłeś skurczu mięśni, to wiesz, że tuż zanim Cię złapie, czujesz rosnące napięcie. Tak jakby ktoś zacisnął CI obejmę na udzie. Właśnie dokładnie takie uczucie trzymało mnie przez całą pierwszą pętle.

Z jednej strony kondycyjnie czułem się ok i chciałem przyspieszyć, z drugiej strony wiedziałem, że gdy nadejdą skurcze to może być już po mnie. Pierwsze kilometry i tak biegnie się asekuracyjnie, aby nogi przyzwyczaiły się do nowych warunków.

W Gdyni dosyć szybko dobiega się do najcięższego odcinka. Jest niem niepozorna ulica Świętojańska. Bardzo długa i delikatnie pod górkę. Do tego bardzo gorąca. Nie tylko za sprawą kibiców ale również od nagrzanego asfaltu i bijących żarem budynków. To jest właśnie ten odcinek na którym mówisz sobie, że masz to w dupie. Na grzyba Cie te traithlony i zastanawiasz się nad swoim upośledzeniem nakazującym Ci robić to co robisz.

Właśnie ta ulica pokazała mi, że lepiej nabrać trochę pokory, ponieważ mimo tego, że biegłem asekuracyjnie, to ktoś dokręcił śrubkę w obejmie na moich nogach, zacieśniając jej pętlę. Skurcz już krzyczał, że do zobaczenia za chwilę.

Na szczęście tuż za tym podbiegiem jest z górki. Trochę nogi wyluzowały.

Drugie okrążenie było już łatwiejsze. Mogłem troszeczkę przyspieszyć. Jednak pod koniec znowu czułem, że mięśnie znowu się zaciskają.

Trzecie i ostatnie. Już nie zwracałem uwagi na kibiców. Większość trasy byłem zamknięty w sobie i skupiony na tym aby dobiec. Aby jeszcze przyspieszyć i nie pozwolić na skurcz. odblokowywałem się tylko gdy widziałęm jakąś znajomą gębę.

Na tym okrążeniu już nie korzystałem z wodopojów. Cel= meta. Przyspieszyć. Ostatnie 150 metrów było mocne.

Pod koniec jeszcze spiker przed metą krzyknął, że Bartek biegnie. „Bartek przybij piątkę!” Przybiłem. Jednak gdyby wiedział, że jestem rozpędzony, i że zrobię skręt bokserski (a niedawno ćwiczyłem sierpy i trener mówił, że okrutnie wchodzą) to chyba by nie przybijał. Piątka weszła jak w masło. Usłyszałem tylko głośne „auuuuuuuaaaa” z głośnika. A za metą, ktoś zdjął mi chip, ktoś inny wcisnął na głowę  medal ktoś poklepał po plecach.

Gdzie rodzinka?…. jest 🙂 Widziałem już czas. Jestem grubo szczęśliwy mimo, że celu nie osiągnąłem.

 

5h nie złamałem. Jednak czas 5:03 nie sprawiał abym się smucił. Przeciwnie. To, że wcale nie padałem z nóg, spokojnie rozmawiałem, nie musiałem siadać… Sam finish. to wszystko mówiło mi, że mogłem te 5h złamać, a głupie błędy nowicjusza sprawiły, że tego nie zrobiłem. Nieważne.

2 minuty na pływaniu szybciej, 2 minuty na rowerze szybciej i ….. 19 minut urwane z biegania. Przebiegłem te 21 km w 1h31 minut. Gdynio 2017 Nadchodzę! I nie będę szedł po 5h. będzie to sporo  niżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *